Bloog Wirtualna Polska
losowy bloog | poleć tego blooga | inne bloogi | zaloguj się | załóż blooga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Po Tamtej Stronie - cz.2

piątek, 28 marca 2008 16:34
 Kiedy przeczytasz ten post,
wpadnij do galerii "kwiaty wiosny" i sprawdż jakie są nowe przemyślenia i odczucia.

 foto Karplina Barska

Widok na krainę był bardzo rozległy. Na horyzoncie widoczny był las o różnych odcieniach zieleni. Nawet trzon i konary były zielone. Wszystko to biło i promieniowało czystością tej barwy, niesamowitym spokojem i miłością. Od lasu ku mnie rozciągała się łąka usłana dywanami z kwiatów. Wszystkie były ułożone w zespoły jednej barwy. Białe osobno, żółte, czerwone i niebieskie także osobno. Wszystkie razem tworzyły niepowtarzalny układ barw - dywan wzorów. Patrząc na to z góry widać jest kompozycję zgodną z kształtami tęczy. Sama tęcza rozpościerała się ponad moją osobą a ja mogłam dotykać ją rękami. W tej krainie najwięcej kwiatów było czerwonych a najmniej było białych. To mi nie przeszkadzało, bo zachwyt i oczarowanie nimi nie ustępowało przez cały czas pobytu. Nie ustępowała też zażarta chęć namalowania tego, co dostrzegłam. Na widok tych cudności krzyknęłam do siebie; ”Jakie to wszystko jest śliczne. ja to muszę namalować i pokazać ludziom, bo tak tu pięknie”. Fakt ten sprawił, że był to impuls do powrotu na ziemię.

Rozglądałam się w około. Mój wzrok chwytał każdy fragment tej krainy. Spojrzałam za siebie i nagle zobaczyłam zawieszony ponad horyzontem obraz, który znajdował się w szaro-szklistej kuli. W środku niego był kadr ze sceną szpitalną. Wizerunek kuli i krainę łączyła tęcza. Jej promienie rozpościerały się bardzo blisko mnie. Byłam w jej zasięgu i mogłam rękami jej dotykać. Za każdym razem, gdy spoglądałam ku kuli wizerunek nie znikał. To nie pozwalało mi zapomnieć skąd pochodzę i w jakich okolicznościach się tu znalazłam - była to swoista pamięć. Zauważyłam, że kadr ze szpitalem miał brzydkie barwy - takie jak naprawdę są na ziemi. Kontrast tego obrazu i krainy był tak ogromny, że nawet dziwiło mnie to bardzo - nie pasował do tego miejsca. W rzeczywistości sala operacyjna miała zielony wystrój, a lekarze zielone kitle. W obrazie tym widać było łono natury a na nim stół operacyjny z lekarzami w brudno białych kitlach - prawdopodobnie nie miało znaczenia jako dokument, lecz określenie czynu. Będąc pod wpływem tego obrazu zapragnęłam powrotu do siebie na ziemię, bo chciałam przekazać ludziom to, co zobaczyłam. Jednocześnie żal mi było rozstania z tym cudem życia, którym nie sposób się było nacieszyć. To była trudna decyzja, ale konieczna.


     PRZENIKANIE
Kiedy już próbowałam zawrócić, zauważyłam, że moje stopy zanurzone są w jakiejś mlecznej substancji. Poczułam również jakieś silne parcie na mnie. Coś nie dopuszczało mnie do powrotu. Coś mnie zatrzymywało. Nie wiedziałam, co, ale czułam, że jest silne. Zaczęłam się zmagać. Po raz pierwszy w tej materii stawiałam opór czemuś, czego nie widziałam. - Skojarzyć to można z walką topielca z topiącym, bo było to ciężkie i wyczerpujące doznanie.

- Ja dalej nie pójdę. Ja muszę wrócić do siebie i muszę malować!

Tymi słowami próbowałam wyjaśnić, czemu się przeciwstawiam. Po raz pierwszy zaniepokoił mnie ten stan rzeczy. Coraz bardziej biało-wodnista materia mnie ogarniała. Podświadomie wiedziałam, że kiedy ją przejdę już nie będę miała szans powrotu. Ta myśl dodawała mi energii, by się bronić. Opierałam się Czemuś zdając sobie sprawę z tego, że jestem słabsza. W pewnym momencie po raz pierwszy dotarł do moich zmysłów jakiś głos:

- Jeszcze nie czas powrotu.

To jedno zdanie sprawiło, że ustąpiłam. I znów nie wiem, dlaczego zaufałam nieznanemu bezosobowemu głosowi. Być może, że to Coś było potężniejsze ode mnie. A być może, że jestem w Raju, który należy do Boga, a ja tak niewiele wiem o tym świecie.

Zaczęłam przenikać przez materię. Była ona podobna do czyściutkiej źródlanej wody. Jej barwa była szklista w kolorze biało-błękitnym. Jej przeźroczystość chwilami przypominała wygląd lodu, czy lustra wody. Mieniła się jak odbite wiązki światła od diamentu. Zaczęłam przenikać przez materię, która pojawiła się w momencie mojego powrotu. Kiedy ją przenikałam, ona nie rozstępowała się, ani też nie moczyła. Nie potrafię tego pojąć, ale nie odczuwałam jej, gdy przenikałam przez nią. Zupełnie jak bym przechodziła ścianę z mgły. Odczucia moje w czasie tego przechodzenia były nie mniej urzekające jak widok krainy. Tym razem też upajałam się cudownością tej materii. Kiedy już ją przeniknęłam zmienił się mój punkt widzenia i zapatrywania na rajski świat. Wrażenia były jeszcze bardziej urzekające i bardziej poruszające. Teraz już byłam w samym środku, wszystko było dla mnie dostępne i do wszystkiego miałam już dojście. Teraz poczułam silniej niż poprzednio wszechogarniającą miłość, rozpierające serce piękno, to wszystko razem przenikało do głębi mojego wnętrza. Poprzednie doświadczenie nie wiązało się z osobistym kontaktem tej urzekającej przyrody, tego rajskiego świata. To było niesamowite przeżycie i niemalże niemożliwe dla naszego pojęcia. Czułam, że teraz mogę iść, dokąd zechcę. To Coś bezosobowego dopuściło mnie do wnętrza tego świata. Teraz już mogłam dotykać wszystkiego, co tam się znajdowało. Czułam, że mogę robić to, na co mam ochotę. Już nie myślałam o powrocie. Czułam, że zawsze mogę wrócić, jeśli tylko tego ze chcę.

Teraz ludzkim odruchem, ciekawość wzięła górę. Zapragnęłam bardzo dokładnie przyjrzeć się strukturze tych kwiatów. Chciałam wiedzieć, z czego są zbudowane. Wtedy pochyliłam się nad jednym z nich i gdy zaczęłam mu się przyglądać, dotarł do mnie ten sam tajemniczy głos:

- Nie ważna forma i budowa, ważne są tylko wartości.

Poczułam się nieprzyzwoicie źle. Zrobiło mi się wstyd. Szybko też zrezygnowałam ze wścibstwa. Dalej już nie śmiałam dotykać kwiatów, by szukać w nich jakiś konkretnych danych. Dalej przyglądałam się ich pięknu. Pochylałam się nad nimi by lepiej się im przyjrzeć, a wtedy ten, na którego spoglądałam zaczął do mnie mówić:

- Jest tak pięknie i jest mi dobrze, ty.....Tu znów szok, kwiat do mnie przemówił . Nie byłam w stanie go słuchać, gdyż ludzkim odruchem nie dawałam wiary, by kwiat mógł mówić.

- Zwidy, czy co? To niemożliwe, by kwiaty mówiły - myślałam zaszokowana.

Zrezygnowałam z tego kwiatka i poszłam do innego. Okazało się, że ten również do mnie zaczął przemawiać. Nie byłam w stanie tego pojąć. Badałam białe kwiaty. Z ich nastrojów dowiedziałam się że są bardzo szczęśliwe. Badałam żółte kwiaty, one również były szczęśliwe, choć mniej od białych. Badałam niebieskie kwiaty, z ich opowiadań dowiedziałam się tego, że nie do końca spełniły się w stosunku do innych. Nawet jednemu obiecałam, że wypełnię jego prośbę. Zupełnie inaczej było z kwiatami czerwonymi, one nie w pełni były z siebie szczęśliwe - miały sobie wiele do zarzucenia. Było to trudne, gdyż obchodząc kwiaty cały czas nie mogłam pogodzić się z myślą, że one potrafią mówić. Cały czas miałam wrażenie, że to, co widzę nie może być prawdą. A jednak, to była prawda. Jeden z nich czerwony tulipan tak bardzo chciał mi coś powiedzieć, że wymusił na mnie swoją uwagę. Tulipan wywarł sobą na mnie presję a uczynił to za pomocą obrazu. I znów między nim a mną pojawił się w kuli wizerunek. W tym wizerunku znajdowała się chata ze strzechą a przed nią stara kobieta w czarnym ubraniu i granatową chustą na głowie.

Siedziała ona na ławce. W wizerunku tym nie było zieleni, był tam tylko piach. W głosie tulipana odbierałam glos rozpaczy, przestrogi, czy nawet ostrzeżenia.

Nie byłam w stanie skupić się nad tym, co mi przedstawił, czy jakie miał dla mnie przesłanie, gdyż znów jak poprzednio doznałam szoku i niedowierzania. To wszystko było ponad moją wiedzą, ponad tym, co dotychczas mi było znane. To, co tu zobaczyłam; w naszym świecie uważano za przejaw choroby psychicznej, lub bajek i nie mogło to łatwo dojść do mojej świadomości. To wszystko nie mieściło się w mojej głowie. "Chcę już być pewna tego, co mnie zaskoczyło", myślę do siebie - "chcę to wszystko zrozumieć".

- Poddaj się - dotarł do mnie głos.

Tak też zrobiłam. Zaakceptowałam ten świat taki, jaki był, a tulipan wywarł na mnie największe wrażenie. Zrozumiałam, że każda roślina, że wszystko, co w tej krainie się znajduje ma taką samą wartość jak ja. Zrozumiałam, że tu wszystko żyje i reaguje jak my ludzie. Wtedy olśniona, czy oprzytomniała, krzyknęłam w myślach:

- One żyją i cierpią, a ja po nich depczę.

Spojrzałam pod swoje nogi, świadoma zadawanego im bólu. Odetchnęłam z ulgą, gdy tylko zobaczyłam, że ja ich nie depczę. Moje nogi delikatnie stąpały ponad nimi. Wyglądało to tak samo jak Jezus, który szedł przez morze nie mocząc sobie stóp.

Moment, w którym przestałam walczyć z pojęciami nie zgodnymi z ziemską rzeczywistością, był dla mnie przełomowy. Zrozumiałam wtedy, że wszystko, co mnie otacza ma taką samą wartość i nie ma selekcji na wyższość i niższość gatunku. Tylko jedność i zrozumienie wszystkich rzeczy daje nam porządek i rodzi miłość, taką samą, jaką odczuwa się w tej krainie. Bowiem tu ona promieniuje i sprawia, że przenika moje uczucia. To doświadczenie sprawiło, że i ja pokochałam wszystkie rzeczy i wartości niezależnie od gatunku, bo one wszystkie są źródłem wrażeń piękna i miłości.

Po tych przemyśleniach poczułam się lekka i wolna. Już bez oporu pobierałam to, co napotykałam po drodze. Wiedziałam, że mam wolny wybór, jednak nie odważyłabym się zerwać tu nic, co by mi sprawiało pociechę. Zamiast zrywać kwiaty, wolałam pobierać dla siebie ich niesamowitą i nieziemską woń. Kiedy mój wzrok zatrzymywał się na jakimś punkcie, wtedy bez najmniejszego trudu poznawałam wartości i zdobywałam nieznaną mi wiedzę. Samoistnie ulegałam dowartościowaniu. Wędrówka po tej krainie to nie tylko przyjemność, zachwyt i piękno. To była lekcja, choć nie zdawałam sobie z tego faktu sprawy. Tu nad każdym moim posunięciem, nad każdą moją myślą czuwał tajemniczy GŁOS, który zawsze pojawiał się, gdy tylko była ku temu potrzeba.

W rajskim świecie zawsze zdradzamy ziemskie zachowanie, zdradzamy również własną naturę. To też jest to miejsce próby, w której człowiek określa się takim, jakim jest z ducha i z rozumu - jak przypadek Adama i Ewy.

Teraz już mogłam iść dalej i przemierzać kresy tego świata, teraz też mogłam już zawrócić i udać się do ziemskiego życia. Tym razem tajemniczy głos nie stawał mi na drodze. Pozostawił mi wolny wybór - wrócić, albo pozostać. Teraz też dopiero dostrzegłam na sobie białe odzienie, które było skromne i zwiewne. Odzienie to sprawiło mi dużo radości, bo było skromne i proste a zwiewne jak jedwab.

Ostatecznie zaczęłam wracać. Opuszczałam tę krainę, wolna, spokojna i niezagrożona nasycona pięknem i miłością do wszystkich rzeczy. Szłam przed siebie ku drodze wyjścia. Sentyment do tego nad naturalnego szczęścia mnie nie opuszczał, lecz silna wola powrotu była nieugięta, bo siłą była chęć pokazania ludziom, że istnieje świat piękniejszy od tego w którym my żyjemy i dla którego tyle bólu sobie zadajemy.          cdn.....

komentarze (2) | dodaj komentarz

Po Tamtej Stronie

środa, 12 marca 2008 1:11


ROZDZIAŁ I

"Każdy z nas rodzi się nie tylko po to by żyć u boku drugiej osoby i odchowywać narodzone dzieci oraz troszczyć się o chleb powszedni. Urodził się również po to by uszczęśliwiać siebie dokonując niezwykłych rzeczy, często trudnych do osiągnięcia, zwłaszcza, gdy na drodze stają niezliczone przeszkody". - Tego dowiedziałam się podczas śmierci klinicznej.

 


 

ŚMIERĆ KLINICZNA

Poród pierwszego i drugiego dziecka był prawidłowy. Inaczej było w czasie trwania ciąży trzeciej. Lekarz prowadzący nie dopatrzył się u mnie ciąży zagrożonej. Przypuszczam, że wziął pod uwagę poprzednie dwie i sądził, że tym razem będzie wszystko w porządku. A jednak tym razem było inaczej. Znosiłam wszystkie niedogodności związane z ciążą i przez ten okres pracowałam nie oszczędzając się w żaden sposób.

Już będąc brzemienną czułam kres swojego życia. Uczucie zbliżającego końca było tak silne, że musiałam mężowi powiedzieć. On nie chciał wierzyć. Jednak przeczucia te narastały z każdym dniem i nie mogłam im się w żaden sposób oprzeć. Im bliżej porodu tym bardziej godziłam się ze śmiercią. Po prostu czułam, że tym razem nikt i nic nie będzie w stanie zrobić, by uchronić mnie od tego, co mnie czeka.

Oczekiwany dzień narodzin nadszedł 8.I.1989r o koło godziny 22:00. Wyszłam do toalety, gdyż poczułam silne parcie. W tym momencie nastąpił krwotok. Wezwałam męża i córkę Dominikę na pomoc. Mąż pobiegł do telefonu wezwać pogotowie, a córka na moją prośbę poszła po lód i po śnieg. Zanim pogotowie przyjechało już robiłam okłady z lodu, by zmniejszyć krwotok. Pogotowie przybyło bardzo szybko i wszystko potoczyło się w mgnieniu oka. Wieziono mnie wprost na salę operacyjną, gdzie lekarze już czekali przygotowani na karetkę, która miała mnie dostarczyć. Miałam szczęście, właśnie dziś otworzono w Pruszkowie szpital po remoncie, gdyby to nastąpiło później straciłabym, jakąkolwiek szansę na przeżycie. Życie moje było zagrożone. Już w karetce miałam silne drgawki. Choć nakryta byłam wszystkimi kocami, jakie się znajdowały, cały czas telepało mnie zimno. Lekarz do znudzenia mówił do mnie i kilka razy pytał o jedno i to samo, aby mieć pewność czy jestem przytomna. Już na szpitalnym terenie poczułam silną potrzebę snu. Nic mnie już nie obchodziło tylko pragnienie zaśnięcia. Chciałam spać, ale mi wciąż przeszkadzali i nie dawali zasnąć. Czułam, że jestem tak zmęczona jakbym tydzień wcale nie spała. To, że mi nie pozwalano zasnąć bardzo mi dokuczało. Wprowadzono mnie na salę operacyjną, choć mi było to już obojętne. - Chce mi się spać - mówię do lekarzy. Oni na to - zaraz sobie pośpisz. Zimne dreszcze, uczucie wiotkiego ciała i sen, był jedynym stanem, który odbierałam tego dramatycznego wieczoru.

Podłączono mnie do urządzeń medycznych. Krwi nie można było podać, gdyż w pośpiechu moje dokumenty wpadły za siedzenie w karetce. Byłam jeszcze przytomna i powiedziałam lekarzom, jaką mam grupę krwi, ale oni musieli mieć dane z dokumentu. Trzeba było czekać z krwią na moją grupę krwi. W tym czasie, anastazjolog podawała moje odczyty. Przez radiotelefon podano grupę krwi i natychmiast lekarze przystąpili do operacji. Wiedziałam już, że decyzją lekarzy była próba ratowania życia dziecka - ja byłam już poza kolejnością. Wszystko wskazywało na to, że dla niego jest jeszcze szansa. Docierały do mnie słowa o krytycznych danych, pulsu i tętna, aż w końcu padły słowa; " trzeba ratować dziecko". Zdałam sobie sprawę, że ze mną jest bardzo źle, lecz mi już było wszystko jedno, co się ze mną stanie. Nie miałam sił by bronić się przed śmiercią. Już inaczej widziałam i słyszałam. Miałam wrażenie, że wszyscy obecni na sali są jakby wyżej uniesieni i oddaleni ode mnie - typowe zakrzywienie obrazu, zwolnione tempo ruchu, coś jak fatamorgana. W tym etapie widzenia mam problemy z oddychaniem i wypowiadaniem się - nie mam już siły, brak tchu. Dostrzega to ktoś i uspakajając, głaszcze mnie po głowie. Natychmiast podano mi maskę z eterem. Zapach eteru pobudził mnie trochę, lecz zaraz zniknął mi plan z oczu. Zrobiło się całkowicie ciemno. Pojawił się czarny obraz przed moimi oczami.

POZA CIAŁEM

Obraz ten nie trwał długo, gdyż nagle znów zobaczyłam wszystkich lekarzy i salę operacyjną,- wyglądało to tak, jakby ktoś na chwilę wyłączył telewizor.

Ten drugi plan był bardzo rzeczywisty, prawdziwy, z niewielką tylko różnicą: ja unosiłam się w powietrzu i byłam bardzo zdrowa. Przyglądałam się sobie tak jak człowiek, który na zamówienie uszył odzież. Miałam czyste ciało beżowo - kremowe, włosy ciemne i podobna byłam do siebie. Oprócz tego widziałam jak pracują lekarze przy operacji jakiegoś ciała, ale w tym momencie bardziej fascynowało i ciekawiło mnie to, co ze mną się dzieje. Mogłam swobodnie unosić się ku górze - istnieć w powietrzu. Mogę latając zmieniać swe położenie. Byłam bardzo spokojna, choć i zaskoczona, bo dziwił mnie ten stan uniesienia. Miłe to uczucie i tak samo dziwne jak nagłe uzdrowienie. Nie mogłam pojąć tego stanu. Nigdy czegoś takiego nie widziałam i o tym nie słyszałam. Ten stan niczym nie odbiegał od rzeczywistości. Z tego punktu widzenia wszystko było typowe dla fizycznych właściwości. Jednak możliwość latania i nagłego uzdrowienia (w tym momencie) mi odpowiadała. Świadomość tego, że unoszę się w powietrzu tak mnie ujęła, że zaczęłam się tym bawić. Jak małe dziecko latałam, sprawdzałam i dotykałam wszystkiego, co znajdowało się na sali. Dotykałam kaloryfery i czułam ich ciepło, dotykałam ścian, mebli, wyglądałam za okno, aż w końcu zainteresowałam się tym, co robią lekarze.

Zbliżyłam się do nich i ku swojemu zaskoczeniu zobaczyłam, że na stole leży moje ciało, czyli ja. Leżałam w bezruchu jak kłoda drewna. To ciało wcale się nie poruszało, a lekarze przy nim coś robili. Doznałam nagłego szoku: "ja tu w górze? I ja tam na stole? Jak to jest możliwe? Ja tu i ja tam. To wbrew wszelkim prawom. To nie możliwe" - krzyczałam jak histeryczka.

Podświadomie wiedziałam, że ja i to ciało stanowimy jedną całość. Wpadłam w panikę. Próbowałam interweniować. Starałam się za wszelką cenę nie zezwolić na dłubanie w nim. Krzyczałam: "zostawcie mnie nic mi nie jest!". Lecz nikt z lekarzy na mnie nie zareagował. Przemieszczałam się z jednej strony na drugą stronę licząc na to, że może ktoś w końcu na mnie zareaguje. Mimo usilnych prób nie było najmniejszego echa. Kiedy nie reagowali zaczęłam siłą im przeszkadzać. Chciałam przeszkodzić w tym, co robili. Na nic zdało się szarpanie, mój trud jest daremny. Nie było żadnej reakcji z ich strony, ani też żadne z narzędzi nie odstąpiło od pracy. Zrozumiałam, że uderzam w próżnię. Zupełnie tak jakby oni byli tylko obrazem bez fizycznych właściwości, lub też ja była bym hologramem. Jedno nie mogło oddziaływać na drugie.

Nie rozumiałam tego, co mi się przytrafiło, nigdy nie miałam do czynienia z tego rodzaju doświadczeniami i nigdy o czymś takim nie słyszałam. Widzę jedno moje ciało, które jest okaleczone, a drugie takiego okaleczenia nie ma w dodatku unosi się w powietrzu i ma świadomość tej rzeczywistości - tak jak każdy inny człowiek. Dlaczego tak jest? Posiadałam wszystko, co człowiek posiada z wyjątkiem ciężaru i bólu fizycznego. Nie sposób jest zrozumieć, dlaczego zmysły pracują poza ciałem, dlaczego widzi się obrazy szpitala i własnego ciała, które leży na stole.

Bardzo wyraźnie i wszystkimi zmysłami, kontrolowałam przebieg operacji, tak jak bym w niej uczestniczyła. Widziałam nawet, że lekarzom coś poszło nie tak, bo zaczęli bardzo szybko krzątać się i powstała panika. Ja w tym samym czasie odbiłam pod sufit i trwałam w bezruchu, gdyż szarpanie mnie wyeksploatowało. Trwanie w bezruchu przywracało mi siłę. Po nabraniu równowagi znów zbliżyłam się do lekarzy i próbowałam z nimi rozmawiać, ale i tym razem nikt mnie nie widział. Zaczęło mnie to bardzo zastanawiać. Byłam bezsilna w tym, by nawiązać z nimi kontakt. Nie reagowali na moje histeryczne krzyki. Myślę do siebie "oni nawet mnie nie wiedzą i nie wiedzą, że jestem z nimi i do nich mówię". I znów zaczęłam sprawdzać rzeczy, które były pod moim zasięgiem, by zrozumieć świat, w którym się znajduję, gdyż tylko ja jedna mogłam wznosić się w powietrze, ja jedna nie mogłam znaleźć kontaktu z innymi. Zaczęłam się niepokoić i aby to zrozumieć zdecydowałam się opuścić szpital i szukać kontaktu z ludźmi na ulicy.

W POSZUKIWANIU PRAWDY
Wypłynęłam przez okno szpitalne z drugiego piętra wprost na ulicę. Z góry widziałam przejeżdżającego mężczyznę. Ale ja skierowałam się do stacji WKD, by udać się do domu. Na stacji była już godzina 1:20 w nocy. O tej porze WKD (pociąg) już nie kursuje. Wiedziałam, że nie mogę wrócić do domu, bo nie ma już dojazdu. Wróciłam się na osiedle Wyględówek i szukałam kontaktu z ludźmi. Przez chwilę zastanawiałam się, dokąd się udać, gdyż pora była późna a ludzi na ulicy nie widać. Ruszyłam w kierunku ulicy Ewy, tam zobaczyłam pod klatką chłopaka z dziewczyną. Podeszłam do nich i patrzyłam im w oczy. Sądziłam, że mnie za to zbesztają, ale oni nie reagowali.

- Czy wy mnie nie widzicie?!- Krzyczałam.

Obeszłam ich, ale nadal na mnie nie reagowali. Chłopak przytulił do siebie dziewczynę, bo zrobiło się jej zimno. Zaraz po tym postanowili się rozstać. Zaczęłam się denerwować i coraz bardziej zdawać sobie sprawę, że ja nie mam kontaktu z ludźmi, że między mną a rzeczywistością jest jakaś bariera. Nie rozumiałam nadal jak to się mogło stać i dlaczego. Mimo to nadal nie rezygnowałam. W pewnej chwili usłyszałam głosy niesfornej grupki młodzieży. Szybko podążyłam w ich stronę. W mgnieniu oka przy nich się znalazłam i stanęłam tak, by moja obecność ich poruszyła. Czułam lęk i obawy, przed krzywdą, jaka mi z ich strony może grozić, ale silniejsze było to, by wzbudzić u nich reakcję. Byli już tuż, tuż - a ja czekałam jak się wobec mnie zachowają. Nagle wchodzą i mijają mnie jakby mnie tam nie było. Uczynili to, bez żadnego oporu i wyzwisk pod moim adresem. Myślę sobie „Oni mnie nie zauważyli, bo niemożliwe jest by dla mnie byli grzeczni i nie sprowokowali najmniejszej reakcji”. Strasznie byłam zdziwiona, a zaraz po tym zdenerwowana. Mojemu zdenerwowaniu zaczął towarzyszyć lęk o swoją pozycję w dalszej egzystencji. Obejrzałam się jeszcze za nimi i ze zwątpieniem i narastającym lękiem, ruszyłam dalej.

-, Co teraz mam ze sobą począć, gdzie się udać i co dalej robić.

Moja wnikliwość była bardzo silnie rozbudowana i to, co z jednej strony było miłe i przyjemne, to z drugiej strony rodziło strach i obawę o siebie i miejsce bytowania. Czułam się jak śmieć odrzucony przez wszystkich. Do końca walczyłam o kontakt z ludźmi i było to coraz bardziej rozpaczliwe.

Lecąc dalej między blokami moją uwagę skupiły palące się jeszcze światła w oknach. Była jeszcze jakaś szansa, by nawiązać kontakt z ludźmi.

Zapukałam do okna na piętrze. Podeszła młoda dziewczyna i wyjrzała przez okno. W tym czasie ja wśliznęłam się do środka mieszkania, pełna nadziei, że w końcu mi się udało. Do tej dziewczyny podeszła matka i pyta się:

-, Kto pukał w okno?

- Nie wiem nikogo nie widziałam - odpowiada dziewczyna.

Wtedy już nie wytrzymałam po raz kolejny.:

- To ja pukałam, jestem przy was. Czy wy mnie nie widzicie?! - Krzyczę na nie już zrozpaczona.

Matka dodała do córki: "kończ tę naukę i kładź się spać". Po czym wyszła.

Był to mój ostatni kontakt. W żadnym z nich nie udało mi się nawiązać łączności, choć był jedyny moment, na który człowiek zareagował, a było to pukanie do okna, które usłyszała dziewczyna. Powróciłam do szpitala. Ciało moje leży na stole, lekarzy jest już mniej, nikt go już nie ruszał. Zaniepokojona tym zdarzeniem, bardzo zirytowana i spanikowana, próbowałam jeszcze wpłynąć na własne ciało. Jednak i ono nie dawało żadnej reakcji. Tak bardzo zapragnęłam połączyć się z nim - gdybym potrafiła to bym do niego weszła i połączyła się w jedność. Siedząc u boku ciała nastała chwila, w której zastanawiałam się nad tym, co będzie ze mną dalej, stawiałam sobie mnóstwo pytań:

-, Co się ze mną teraz stanie? Dlaczego ludzie na mnie nie reagują? Gdzie się znalazłam i co to ma wszystko znaczyć?

Niepewna swojego dalszego losu, całkowicie bezradna i bezsilna - bo takie uczucie w danym momencie mi towarzyszyło, zaczęłam rozmyślać: "to jakaś pułapka bez wyjścia, która bardzo boli”. Jest ona niczym duże akwarium, gdzie ściany zbudowane są z luster, przez które można podglądać zewnętrzną stronę, a z zewnętrznej strony nie widać tego, co znajduje się w środku. Ja jestem zamknięta w tym akwarium.

Cóż z tego, że mogę widzieć wszystko i wszystkich, cóż z tego mogę sobie latać, kiedy nie mogę uczynić nic, by wpływać na zdarzenia i być w kontakcie z tymi, co są po drugiej stronie,- przytoczonej lustrzanej ściany. Nie tylko jestem nie widzialna, ale także i nie słyszalna".

Stan ten przestawał być już zabawny. Wpadłam w czarną rozpacz o własną przyszłość. Nie potrafiłam ani ja, ani nikt poza mną, wyjaśnić mi, dlaczego tak jest. Nie nauczono tego w tamtej rzeczywistości nie przygotowywano nas na możliwość takich doświadczeń.- Nie wiem, co mam teraz ze sobą począć. - Czym ja zawiniłam, że muszę tu tkwić w tym dziwnym, nieznanym mi dotąd świecie, w którym nie ma odbiorcy i nie ma nadawcy i w którym nie można uczestniczyć jak normalny człowiek. Nawet nikogo podobnego do siebie tu nie spotkałam. Przez swoją bezradność i zwątpienie nie chciałam się już nigdzie ruszać.

 

ROZDZIAŁ II

KU ŚWIATŁOŚCI

W tej beznadziejnej dla mnie sytuacji pojawiło się coś, co mnie zbawiło. Dostrzegłam promień świetlisty. Mój wzrok skierował się na niego. Promień był lśniąco biały. Nie parzył i nie raził. Z każdą chwilą stawał się coraz bardziej rozwarty i jaskrawszy, tak jakby nabierał większej mocy. Uderzał on na mnie z góry. Wrażenie było niesamowite. W pewnym momencie nie wiedząc, czemu powstałam i skierowałam się w jego stronę. Nie wiem też skąd wiedziałam, że mam iść w jego blaski. Z jego źródła odbierałam telepatycznie informacje:” Podążaj za mną, ja ci drogę wskażę”. Wtedy stało się ze mną coś dziwnego. Bez oporu podążałam ku tym promieniom. Poczułam się bardzo bezpiecznie. Nie broniłam się przed nimi. Nie bałam się pójść. To nie ja tak reagowałam. To podziałał na mnie ten promień. To on zdjął ze mnie strach, to on otoczył mnie ciepłem i gwarancją bezpieczeństwa. Stałam się całkowicie posłuszna światłości. Czy mogłam się przed nią bronić? Czy mogłam nie ufać tej energii? Nie było nawet takiej możliwości. To działo się tak szybko. Nie było sposobu, aby się nad tym zastanawiać. Chyba świadomie energia ta otoczyła mnie uczuciem spokoju i bezpieczeństwa abym mogła bez najmniejszego oporu podążać do określonego celu. Mimo, iż tego absolutnie nie rozumiałam, działałam mechanicznie, jak noworodek w rękach matki. Została wyłączona moja samokontrola.

Zostałam zahipnotyzowana, choć oczy czuły i widziały każdy etap tego procesu. To coś, co mną owładnęło było jak inteligentna świadomość. Nie powstydzę się określić tego też w taki sposób - inteligentne światło. Wykonałam wszystkie polecenia i wtedy zaczęłam wznosić się po tym promieniu ku górze, coraz to wyżej. Wiedziałam, że mam iść do punktu, który cały czas widziałam przed sobą, het w oddali. Nie odwracałam się za siebie. Przypuszczam, że nawet nie była bym w stanie się odwrócić. Z tej wędrówki nie pamiętam nic, poza wyjątkiem swego celu. Nie była bym w stanie również określić czasu drogi w tej światłości. Musiałam osiągnąć punkt na jej szczycie i to był jedyny cel i polecenie od promieni.

Nadeszła ta chwila, gdy dotarłam do punktu końcowego świetlistej drogi i wtedy dech zaparło w mojej duszy ze szczęścia. To co ujrzałam było prześliczne, biło blaskami różnych kolorów o intensywnej barwie. To coś wyglądało jak rajska kraina.                      cdn....

komentarze (9) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


wtorek, 9 lutego 2010

Licznik odwiedzin: 2862

Kalendarz

« luty »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728

O mnie

Jestem nowa na blogu. Mam nadzieję, że moje wspomnienia i wydarzenia nie będą nudziły tych, którzy tu zajrzą.Sztuka, muzyka i obcowanie z naturą to moja pasja. Jest jeszcze jedna pasja, ta która nie wszystkich interesuje, a jest nią druga strona rzeczywistości, czyli odwieczne tajemnice życia po życiu.

O moim bloogu

Każdy z nas rodzi się nie tylko po to, by żyć u boku drugiej osoby i odchowywać narodzone dzieci oraz troszczyć się o chleb powszedni. Urodził się również po to, by uszczęśliwiać siebie dokonując niez...

więcej...

Każdy z nas rodzi się nie tylko po to, by żyć u boku drugiej osoby i odchowywać narodzone dzieci oraz troszczyć się o chleb powszedni. Urodził się również po to, by uszczęśliwiać siebie dokonując niezwykłych rzeczy, często trudnych do osiągnięcia, zwłaszcza, gdy na drodze stają niezliczone przeszkody

schowaj...

Księga Gości

Ostatni wpis w księdze:

  • data: 30.12.2008 11:28:14
  • autor: Nadzieja
  • treść: Bardzo fajna strona....

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie: